> Czy sądzi Pani, że ktoś z tej szuflady przyzna, że nie interesuja go idee, tylko ich kiepska emanacja?
Nie wiem, ale drzewa ocenia się po owocach.
Przykład, który oddaje doskonale problem idei i konsekwencji, dotyczy sytemu edukacji.
Osobiście uważam się za ofiarę państwowego systemu edukacji (chyba nie jestem odosobniona: http://demotywatory.pl/320855/Polskie-Szkoly-Sukcesu ) za który należy mi się milionowe odszkodowanie.
Na szczęście nie dane mi było zgłębiać tajników Wychowania Do Życia W Rodzinie Socjalistycznej i Propedeutyki Nauki o Społeczeństwie. Nie to pokolenie. Moi rodzice to odchorowali.
Od 1997 roku (czyli już 13 lat) legalna jest w Polsce tzw. "edukacja domowa" (homeschooling w USA, Kanadzie, Irlandii, UK, Nowej Zelandii i Australii). Z oporami, ale jest legalna. Zapytuję, ilu mężczyzn decydowało się wziąć sprawy w swoje ręce, wychodząc poza blogowe utyskiwania na "upadającą edukację"? Ile żon zdecydowało się wspierać ich czynem i słowem w tym wyborze (oraz vice-versa: ile żon wzięło a ilu mężów wspierało)? Jak to się do cholery stało, że 100-200 lat temu mężczyzna brał na wychowanie syna w odpowiednim wieku i robił z niego faceta, a dziś jak nie pójdzie na specjalne "sesje socjalizacji" pod okiem jakieś popiskującej pindy to wyjdzie z niego ćwok? Co poszło nie tak?!?
Jako kobieta na łowach :) zapytuję obowiązkowo o stosunek potencjalnych kandydatów do edukacji domowej. Co słyszę?
- daj spokój
- dziecko musi się socjalizować (ja: ale dlaczego z bandą półanalfabetów, ścigających się o to, który ma trampki w aktualnie obowiązującym kolorze?)
- dziecko nie może się wyróżniać, bo to skrzywi jego psychikę (ja: ma być takie jak inne: średnio inteligentne, średnio zadbane, średnio wykształcone)
- nie zgadzam się na żadne eksperymenty (ja: ale przeciwko eksperymentom urządzanym przez niedouczonych psychologów nie masz nic przeciwko?)
- wiesz ile z tym problemów? (tu naprawdę nie wiem co mam odpowiedzieć)
Argumenty podający przykłady amerykańskich dzieci, które mając 16 lat znają na pamięć biblię ale nie potrafią liczyć do mnie nie trafiają. Nie jestem w ameryce, nie jestem amerykanką a moje motywy nie są religijne. I nie jestem jakimś Fritzlem, który zamnknie dzieci w piwnicy.
Na moje kontrargumenty zawsze odpowiedzią jest ściana milczenia albo pukanie się w głowę. Garść wspomnień, na których się opieram kształtując swój światopogląd:
[1] Brak słów.
[2] Biedni chłopcy! Musieli mieć takie kretyńskie czapeczki (chyba 8 dziurek, to było ważne, daszek zielony z odpowiednim łukiem, były jeszcze jakieś detale które analizowali), bo w podstawówce byłam w czasach, kiedy właśnie rozminowywano zachodnie granice a sowieci ewakuowali swoje garnizony (tak mi tata opowiadał :)) i zaczął się handel zagraniczny. Trzeba się było ubierać po amerykańsku. Kto miał na sobie koszulę i sweter - biada. W 3 klasie na 29 osób analfabetów było u nas 26. Tylko 3 po osoby po 730+phi dniach nauki były w stanie normalnie czytać, bez składania wyrazów z sylab jak uderzony kowadłem w głowę makak. Wszystkie 3 osoby były tego nauczone przez rodziców w 1 klasie. W tym ja i 2 kolegów. Mamie dziękuję. :)
[3] W podstawówce nie można się było niczym wyróżniać. I nie można nadal. Kiedy córka ciotki poszła do szkoły i w szkole dowiedzieli się, że trenuje tae-kwon-do, 3 kretynów próbowało sobie przedłużyć penisy udowadniając, że dziewczyna im niczego nie zrobi. 3x się pomylili. 3x interweniowali rodzice (próbuję sobie wyobrazić jak w domu skarżą się, że "dziewczyna ich bije", hahaha!). 3x awantura z psychologiem szkolnym (teraz postęp jest, w mojej podstawówce przez 8 lat asystowałam pośród gapiów w 3 bójkach zakończonych podaniem ręki, żadnego psychologa nie było). Po tym incydencie nastąpiło totalne wymrożenie dziewczyny. Ściana obojętności. Nikt się nie odzywał do niej aż zmieniła klasę. W gimnazjum utajniła swoje hobby. Kolega w podstawówce był obrzucany wyzwiskami, bo rodzice kupili mu laboratorium chemiczne (to było jego hobby). "Czego się dziś nawdychałeś?", "lubisz zajarać?" itp, itd. Każdy ma pewnie kilka takich historii w swoich wspomnieniach, więc nie ma sensu ich mnożyć. Wiadomo o co chodzi.
[4] Eksperymentowano u nas nie pozwalając na lekcjach wychodzić do toalety (pomysł psychologa; utrzymał się miesiąc, nieprzestrzegany w praktyce przez nikogo, ale ktoś na to wpadł!), eksperymentowano z karaniem przez publiczne napiętnowania na tzw. "godzinie wychowawczej" wywlekając różne brudy publicznie, eksperymentowano puszczając dzieciom filmy o aborcji (ocenzurowane jakoś żeby skandalu nie wywołać, ale geezus, ja bym tego w życiu nie pokazała dziecku!). Wszystko w duchu kolektywizmu, pod czujnym okiem "pani psycholog". Aaa! No i były też sesje wychowania seksualnego z panią pielęgniarką, podczas których wszystkie z zażenowaniem udawałyśmy że nie słyszymy, co bredzi na temat naszej intymnej fizjologii. Do potencjalnych postępowych rodziców: uwierzcie że do 5 klasy podstawówki nie uchowa się nikt wierzący w bociany i kapustę. Przypomnijcie sobie sami! U nas zadbał o to szkolny dystrybutor Twojego Weekendu (z 6 klasy), który wypożyczał je za papierosy pod warunkiem, że zostaną oddane w całości i czyste (chodziło o pobrudzenie ich dżemem, kakaem albo miodem, bo to się nagminnie zdarzało z pożyczonymi zeszytami i książkami). :D Potem pojawił się konkurencyjny dystrybutor z Catsem :S i Vampem :S, chłopakom krew uderzyła do głowy i sprawa została wykryta przez nauczycieli. Swoją drogą, gdybym wtedy znała choć nieco mechanizmów rynkowych, to może byłoby to ciekawe doświadczenie, zamiast zażenowania. :)
Cała ta szkolna przebojowość, sukcesy w kosza itd. zbladły i zupełnie odeszły w zapomnienie na 1 rozmowie kwalifikacyjnej: "Jakie są pani/pańskie oczekiwania finansowe? Oddzwonimy."
Z punktu widzenia kobiety przed 30 jest to czasem śmieszne, czasem smutne. To minęło, przeżyłam to, mnie nic się nie stało a nawet wyszło na zdrowie (brak mi jakie szacunku do oświaty). Z punktu widzenia dziecka - terror. Z punktu widzenia przyszłej matki - wiem jak niewiele brakowało niektórym do osunięcia się w przepaść. Rozumiem to dopiero teraz, kiedy mi się zachciewa (no, już nie zachciewa, ale chce!) założyć rodzinę i przychodzą te wszystkie zdarzenia których byłam świadkiem: męczenie rówieśników za niezgodny z Falą kolor trampek, męczenie ich za zbyt dobre wyniki w nauce, za hobby itd. Byli tacy, którzy wytrzymywali to i wychodzili z tego uodpornieni na wszystko. Stalowi ludzie. Mój kolega ze studiów zaliczał się do tej grupy. Dziś tak się zakonserwował, że będąc obrażany w pracy potrafił bez słowa cisnąć klawiaturą zostawiając szefa ze szczęką na podłodze i klientami przed którymi musiał się tłumaczyć z niedokończonych projektów. Skończył z etatem, jest freelancerem. Na groźby dyscyplinarki i procesów zrobił wykrzywioną minę i odparł "no i co? do sądu pan pójdzie? kolejka wolna". Chart z jajami :). Byli tacy, którzy z tego nie wychodzili cali. Jego "znajomy" męczony w liceum nie przeżył: odpadł w maturalnej, nie poszedł na studia. Rodzinny dramat z poradnią psychologiczną w tle. Moi byli kandydaci na mężów zapewniali mnie, że one size fits all i żebym nie dramatyzowała, bo każdy MUSI, bo TRZEBA, bo nie będą się tłumaczyć przed znajomymi, pierniczyli coś o naukowych metodach, racjonalizmie i amerykańskich naukowcach, że logicznie rzecz biorąc z jednej strony tak a z drugiej niezupełnie, więc w konkluzji nie nużno i nie nada. I schemat się powtarza. Wszyscy zbuntowani, wyjątkowi(!) i dorośli. Bunt kończy się przy pierwszej okazji wyrwania jakiejś zapomogi albo dopłaty, wyjątkowość kończy się na na pytaniu "a co powiedzą inni" a dorosłość na zwaleniu odpowiedzialności za życie potomstwa na Katarzyną Hall. Kiedy trzeba w prawdziwy bunt włożyć krew, pot i łzy: "daj spokój", "musimy zarobić na 2 samochód", "nikt tak nie robi". No po prostu wyyyyć mi się chce. Przez 15000 lat jakoś wychowywano dzieci bez kolektywnej hodowli, bez problemów z zawiązywaniem kontaktów i rozmnażaniem. Ja chcę się tego nauczyć!
W liceum miałam 2 koleżanki uczone w ten sposób. Wtedy to było już legalne a w podstawówce jeszcze nie. Jedna pojawiała się przed zakończeniem semestru na egzaminach, druga częściowo: pojawiała się w szkole przez ~25% czasu na wybranych przedmiotach i na sprawdzianach. To nie był indywidualny tok nauki, bo robiła ten sam program. Oficjalnie: zwolnienia lekarskie. Nieoficjalnie: nie chciało jej się i w zamian za wysokie wyniki w nauce rodzice załatwili jej wolne u znajomego lekarza. Kończąc już śmiała się, że to zemsta za Propedeutykę i rosyjski. Ta pierwsza pomieszkiwała u swojej rodziny - emigrantów z okresu stanu wojennego - i tam nauczyła się języka obcego w stopniu native-speakera i prowadzenia biznesu - jako nieletnia pomagała prowadzić rodzinny biznes pod osłoną prawną opiekunów. Oczywiście ścisła tajemnica. Potem się dowiedziałam, jak już była na wylocie. Jak ja żałowałam, że nie dane mi było doznać edukacji poza tym szambem. Ona nauczyła się jak utrzymać rodzinę mając 18 lat! Nie mając na głowie dziecka i nie panikując, że jutro nie będzie go miała czym nakarmić. Jest po studiach, więc to nie było dorastanie siłą konieczności. Ja w tym wieku zakuwałam rekcję czasowników (nie mówię słowa po niemiecku!). Ale rozumiem że moi rodzice nie mieli do tego możliwości. Niekończące się reformy, kredyty z odsetkami szybującymi w niebo... Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. Życie to było ciągłe gaszenie finansowych pożarów. Ale dziś ja mam możliwości: wykształcenie inżynierskie (powiedzmy że w rzeczywistości to ono jest okołoinżynierskie; ja zajmuję się oprawą wizualną pewnych tworów, które kreślą panowie, którzy rzadko się odzywają i nie mają gustu), perspektywę pracy, która pozwala się utrzymać (utrzymać to nie znaczy jeść kawior i łososia) z 1 etatu męża + 0.25-0.5 mojego i nie ma nikogo, kto byłby choćby zainteresowany połączeniem sił w celu uniezależnienia się od tego lewiatana.
Dziś bunt jest możliwy w sensie fizycznym. Niemców wspomina już tylko moja babcia, opowieściami o Jaruzelskim straszyli mnie do niedawna mnie rodzice, materialnie też robi się całkiem nieźle - ja pustych półek nie pamiętam, sporo ludzi startuje w życie z własnym mieszkaniem (w spadku albo kupionym przez rodziców) i nie ma prikazu żeby się żenić, bo jak nie to talonu na fiata nie dadzą. Ale jesteśmy jeszcze zbyt słabi, żeby się buntować w pojedynkę. Do buntu potrzebuję wsparcia a to może mi dać tylko rodzina. Na bunt przeciw państwu i własnej rodzinie nie mam już siły. :(
Szczególne podziękowania chcę złożyć nieżyjącemu już Murrayowi Newtonowi Rothbardowi za esej Education: Free and Compulsory, który był jedną z tych pożarów które mnie obudziły i poukładały wszystkie elementy w całość. I buziak dla kolegi, który mi go próbował wepchnąć w gardło. :* Przepraszam za szczękościsk.
Sorry, jeżeli ktoś myślał że ja się będę rozwodzić o ekonomii, podatkach i kryzysie. Jest wystarczająco dużo o tym gdzie indziej.
DISCLAIMER: na tym blogu nie szukam kandydatów na męża i proszę sobie nie robić ze mnie jaj, składając tu jakieś propozycje. Uprzedzam, że natychmiast będę kasować i banować.


Rzeczywiście widać, że szuka Pani jakiegoś odniesienia dla ustalenia wartości istotnych w życiu.
Tyle, że to takie nieskładne.
Niemniej ma Pani szanse - nie jest Pani "letnia" - to pozytywne.
Co do wychowania.
Ma Pani rację, tylko jaki procent ludzi zagonionych codziennością jest w stanie tak się odsepereować od społeczeństwa?
Nie wiem, czy ma Pani dzieci i czy spotkała się w praktyce z tą problematyką.
Zapomina też pani o reakcjach dzieci, które chcą żyć w swoim środowisku.
Jest pytaniem, które trzeba sobie zadać, czy w ten sposób nie izolujemy i nie zniekształcamy ich psychiki. To w końcu one mają przed sobą życie i rodzice mają je do tego przygotować.
Od razu dodam, że mam troje już dorosłych dzieci i próbowałem w części realizować pewne zasady. Wszystko musiałem wymuszać i na dzieciach, i na rodzinie - bliższej i dalszej.
Dlatego rozważana, bo nawet nie proponowana, droga jest trudna. Znacznie lepszym rozwiązaniem jest jednak stowarzyszanie się z podobnie myślącymi.
Samotność wbrew wszystkim jest trudna. Nawet w małej grupie jest jakieś wsparcie.
Pozdrawiam i życzę sukcesów w rozwoju.